Zapach tamtego świata...

 


                          Szło się wzdłuż drogi chodnikiem o spękanych płytach. Kawałek tylko. Jeśli poszedłbym dalej, to dotarłbym pod most, którym jeździł tramwaj, który na zakręcie dzwonił i skrzypiał. Lubiłem słuchać jego stukotu, który rósł, by potem maleć. Ale to tylko rano albo późnymi popołudniami. W każdym razie most był granicą, za którą nie szedłem, bo nie było po co. Dobra, chodziłem tam, ale miejsce obarczało mnie smutkiem, którego nie rozumiałem. Wolałem skręcić w lewo, w dróżkę, która wiła się między trawami. Wysokimi trawami. Z jednej strony stał stary dom. Bardzo stary. Bałem się go trochę, bo był stary, miał nieustannie brudne szyby, w których wisiały stare firanki. Czasami nawet przebiegałem koło niego, bo wydawało mi się, że ktoś zza płotu wyskoczy i będzie na mnie krzyczał. A może zleje pasem? Za co? Nie wiem, coś by się może znalazło u takiego, jak ja, który w żyłach miał srebro zmieszane z wyobraźnią. Po prawej stronie ścieżki rósł bez. Stary bez. Był już wtedy stary. Zapanował nad sporym kawałkiem drogi, a jego zapach był tym, który pamiętam z tamtego czasu. Potem, długo, długo potem dowiedziałem się, że ten bez był kiedyś granicą dla działki, na której stał stary dom. W domu mieszkała żydowska rodzina, która uciekła do USA zostawiając to, czego nie mogli sprzedać. Z opowiadań wiem, że wprowadził się ktoś, kto miał na nazwisko „G…”Miał sześcioro dzieci i był biedny. Pił. Ale większość piła, więc pewnie nie zasługiwał na to, by ochrzcić go „pijokiem”. W każdym razie bez bezpańsko rósł i co roku powiększał swoje panowanie. Był sprytny, bo nie wchodził na ścieżkę, którą chodzili ludzie, a rósł wzdłuż niej. Lubiłem ten bez, bo pachniał obłędnie. Tak, jak może pachnieć tylko ten dziki, swobodnie rosnący bez. W świecie kopalń i hut, w świecie drogi, którą codziennie jeździły setki samochodów ten bez był zapowiedzią tego, co było dalej. A co było? Wiesz już, nie rób zdziwionej miny – łąki. Spłachetek piaszczystej ziemi, która kiedyś była polami, a potem zarósł trawą. Uwielbiałem ten dziki kawałek świata. Uwielbiałem tę ostrą trawę, tak inną od tej w ogrodzie. Tu nauczyłem się, czym jest łubin, czym są dzikie goździki i bratki. Kładłem się w tym morzu traw i patrzyłem na pochód mrówek czy na loty motyli. A zapach? Pachniało macierzanką. I to jest zapach, który zawsze wywołuje mój uśmiech. Podobnie jak lipa czy później mięta. Ale one były później. Ten pierwszy, to była macierzanka i bez.

               Jakiś czas temu niezamieszkany dom zburzono i postawiono kwadrat funkcjonalny, czyli coś między biznesem, a mieszkaniem. Bez wycięto. Pamiętam, że było mi przykro patrzyć na ten wiekowy krzew o grubych gałęziach dorosłego mężczyzny, które leżały schnąc w popołudniowym słońcu. Tyle lat rósł i strzegł dawnej granicy. Tyle razy szedłem koło niego zrywając listek na szczęście. A teraz coś, co było niewzruszalne okazało swoją słabość wobec ludzkiej chęci zrobienia porządku. Ale bez nie umarł. Na wiosnę wypuścił nieśmiało od korzeni pędy. Poznałem jego liście po kształcie. Nie miały już tego koloru dojrzałego, ciemnego, a były jasne. Kiedy w piątek poszedłem na łąki, by poczuć zapach rozgrzanej ziemi, to minąłem bez. Po staremu rośnie tam, gdzie jego główny korzeń pod ziemią znalazł żyłę, z której czerpie wodę. Nie jest tak wysoki, ale odradza się i kwitnie. Po dawnemu. Szedłem i uśmiechałem się, bo czułem w powietrzu jego ulotną woń. Jak na zawołanie przejechał tramwaj mostem. Choć nie dzwonił jak dawniej, to jego dźwięk był tym, czego mi brakowało. Została jeszcze macierzanka, która jeszcze nie kwitnie, ale jej drobniutkie liście już mają w sobie zapach. Jechałem do domu i podnosiłem do nosa palce, w których roztarłem tę jej wiosenną zapowiedź. I tak sobie myślałem jadąc przez zatłoczoną dwupasmówkę, że odkłada się to wszystko w człowieku. Ten bez, macierzanka, lipa, mięta, pijok, i wiele, wiele innych rzeczy. Każdy dzień i każda myśl przepada w ciemności naszej pamięci, ale nie ginie. Wystarczy zapach, wystarczy nagły promień światła, by wydobyć to, co kiedyś było treścią dni i naszego życia. Po co? Przecież to nie jest ważne. To nie ma znaczenia dla czyjegoś życia. Nawet dla mojego – niewielkie. A jednak biorę te wspomnienia w dłoń jak chleb i smakuję. I czuję ulgę i uśmiech nad dniami, kiedy w żyłach płynęło mi srebro zmieszane z wyobraźnią….





































 


Komentarze