Bezgłośnie...
Byłem daleko. Tak, naprawdę daleko. Żadnej miary nie starczy, by nazwać tę odległość, choć ma ona swoje imię – życie. Żyłem, wiesz? To znaczy, że budziłem się i zasypiałem, a to, co pomiędzy, ktoś nazwał życiem. I głaskał mnie po głowie, że tak dobrze spełniłem swoją rolę. Ale wyrwałem się, uciekłem. Jak zwierzę, które udaje oswojenie i które lubi pieszczotę ręki. Zamyka oczy, ale wciąż pozostaje czujne. I ja pozostałem czujny, by uciec. Nawet nie wiesz, jakie to trudne, kiedy ściskasz ręce, wiele rąk, ale ich uścisk niewiele znaczy. Nawet nie wiesz, ile trzeba wysłuchać słów, które rozbijają się o mnie, to znaczy o wysoki brzeg. Nawet nie wiesz, ile trzeba słów wypowiedzieć, by przestali dopytywać: „wszystko w porządku?”, „jak sobie radzisz?”. A we wzroku ich czai się spełniona konieczność. Dlatego uciekłem. Wiesz przecież, że zawsze tak robię, więc i tym razem najciszej jak się da – uciekłem. Nie pamiętam bym oddychał, nie pamiętam, by moje kroki łamały kruchą ciszę wstającego słońca. Nie pamiętam, by dźwięczały we mnie jakieś słowa. Była tylko ucieczka. Nie, nie było brzegu morza i naturalnej zatoki z mgłą, która trzeba gonić, by otuliła w zapomnieniu choć na chwilę. Nie było też wydm i wiatru późną porą, kiedy fale zaczynają się srożyć. Był ranek i plecak i droga przed siebie. To było jedyne, co pamiętam. A potem była łąka, która bieliła się od przymrozku. I był las z drogą, którą musiałem iść. I poszedłem. I dopiero wtedy moje słowa ożyły. I dopiero wtedy mogłem nazywać wszystko po imieniu. I dopiero wtedy usłyszałem dźwięk. Pierwszy dźwięk tego dnia – śpiew ptaków. Kołował naokoło, przeplatał się z promieniami światła. A ja stałem i słuchałem w cieniu wielkich drzew. Martwych, a jednak żywych. Tak dawno nie słyszałem śpiewu ptaków, tak dawno nie słyszałem, jak ich śpiew owija się wokół promieni słońca. Tak dawno nie czułem, jak mgła podnosi się i przyjmuje w siebie jasność. Tak, wiem, to był zwykły las o świcie. Dlatego był niezwykły. Dlatego byłem i nie byłem w nim. Szedłem, ale nie szedłem. Milczałem, bo cóż innego mógłbym zrobić? Gardło otuliła mi tęsknota tak wielka, że mogłem tylko patrzyć. Zupełnie jakbym obserwował kobietę. Nie można wtedy zrobić gwałtownego ruchu. Wypowiedzieć słowa choćby szeptem. Nawet ruch rzęs wydaje się trudny. Więc trzeba stać i patrzyć na jej nagie plecy, kiedy wkłada biustonosz i umiejętnie go zapina. Na jej szyję z kosmykami włosów, które wymknęły się w czasie snu. Jak nazwać tę chwilę? Podglądaniem? A może tkliwością? Więc i ja byłem tkliwy w swoim patrzeniu na las. W patrzeniu na światło. W naciskaniu migawki aparatu. W ciszy, bo tylko tak mogłem wszystko zobaczyć. Obudziło się we mnie nienasycenie tej chwili, o której przecież wiem, że nie będzie długo trwała. Tak dawno już tego nie czułem, bo przecież żyłem życiem gdzieś tam, daleko. Usłyszałem wtedy krzyk żurawi. A może poczułem? Nie wiem już sam, bo krzyk żurawi zawsze odczuwam całym sobą. Zupełnie jakby ich głos nożem jechał wzdłuż kręgosłupa, by utkwić w sercu. A potem, w bocznej drodze zobaczyłem stojącego na ścieżce żurawia. Stał spokojnie, nasłuchiwał. Potem przekrzywiał po ptasiemu głowę, jakby czemuś się przyglądał i znów zastygał na chwilę. I ja też stałem i patrzyłem. Zastygły spotkaniem, zastygły w strachu, że przeszkadzam. A żuraw odszedł w dobrze znaną sobie ścieżynę, a ja przetarłem zmęczone oczy i powoli odwróciłem się, by iść dalej znaną ścieżką. Magia minęła, ale krążyła uparcie w powietrzu. I cisza. A ja musiałem jeszcze dotknąć drzewa wiedźmy. Wiedziałem dobrze, gdzie jest i było. Tak samo poskręcane, tak samo wyciągające swe ramiona drzewa. Potrzebowałem je znów zobaczyć, wiesz? Zupełnie jakbym odnawiał przymierze z tym miejscem, gdzie tak dawno nie byłem. Kora była zimna, ale ja wiedziałem, że gdzieś w środku bije powoli białe serce wiedźmy. Musi być białe, bo inaczej nie byłaby drzewem. Ale to tajemnica. A potem znów była droga i jezioro z pomostem. Pomost co roku coraz bardziej podupada. Ktoś, kiedyś powyrywa kilka desek i będzie trwał tak dalej – bezzębny, ale patrzący uparcie w dal za trzcinami. Stare dęby, które tu rosną, na początku nieufnie obwąchiwały pomost, ale przyzwyczaili się do siebie budząc się skoro świt i zasypiając, kiedy ciemność ogarnie las i jezioro. Usiadłem po dawnemu na pomoście i piłem wodę, która była zimna i dobra. Nie chciało mi się wracać. Nie chciało mi się myśleć. Nie przypominały mi się żadne mądre słowa, żadne wiersze i cytaty. Nie odczytałem żadnych ukrytych znaków z pęknięć na lodzie, ani z ptasich głosów. Oddychałem. Na próbę rozprostowałem nogi – w lewej coś cicho strzeliło, więc żyję. Nie jestem duchem, który skrada się wśród cieni i sobie podobnych duchów. Uśmiechnąłem się – tyle wystarczy na początek…

































Komentarze
Prześlij komentarz
KOMENTARZE