Rozsypanie...
Lisa Gerrard & Marcello De Francisci — 'Until We Meet Again'
Od dawna już nie zapalam świeczki. Musiałbym policzyć, ale dni rozciągają się w tygodnie i miesiące i gdzieś gubią się w przymgleniu. Czy to ważne? Kiedyś tak, bo świeczka zawsze płonęła. Podobał mi się oswojony płomień tańczący posłusznie na stole. Czasami mogłem się w niego wpatrzyć, a złoty blask, tak inny od światła lampy, dawał złudną nadzieję trwania w czasie, który jest tylko mój; równie oswojony, jak płomień. A potem, którejś nocy zdmuchnąłem świeczkę, jak robiłem to setki razy wcześniej. Pewnie uderzył mnie w nos zapach spalenizny, może dostrzegłem przez ciemność rozjaśnioną światłem ulicznym cieniutką i wijącą się strugę dymu. I poszedłem spać. Ale następnego dnia nie zapaliłem świeczki, nie zapaliłem jej i później. Chyba zbyt wiele trzeba było zmienić w swoim życiu, by po dawnemu świeczka płonęła. Przyzwyczaić się do nowych rzeczy, innych czynności. Choć nad morzem w czasie ferii, kiedy szybko zapadał zmrok, to paliłem świeczkę, bo szum fal wezbranego morza na przełomie zimy i wiosny najlepiej uczcić płomieniem. Ale to wyłom, tylko wyłom, bo w domu świeczka pozostała niezapalona, a jej kształt niezmiennie przypominał o tym, że pewien czas się skończył. Dziś pierwszy raz zapaliłem ją z wahaniem. Czy mam prawo wejść do „tamtego” świata, który minął? Ten kolejny też minął. I minie ten następny i jeszcze jeden. Ale każdy z tych światów zostawia we mnie coś. I chyba tak powinno być, bo to oznacza, że czas tego świata nie przepłynął przez palce. Tak, masz rację, są jeszcze daty i miejsca. Są ludzie i ich słowa, a czasami ich małe gesty, które długo się pamięta. A czasami jest to tylko zapach i wrażenie. Długo myślałem nad tym, jak powiedzieć ci o tym, kiedy mija świat i co po sobie pozostawia. Długo nie byłem gotowy na wyciągnięcie słów, które to składały się, to rozpadały. I pewnie będą tak jeszcze robić długo. Z tego świata, który minął pamiętam najbardziej zapach. Zapach domu opieki, który był domem dla mojego ojca. Ostatnim domem. Niedługo, bo na trzy tygodnie, ale jednak nie mogę o nim zapomnieć. Na ścianach wisiały kolorowe obrazki, jakieś widoczki albo reprodukcje, a ściany były w kolorze żółtym, co miało sprawić, że czuło się ciepło i bezpieczeństwo. Na końcu korytarza grał telewizor, bo szum w takim miejscu jest potrzebny, by zagłuszyć wiele rzeczy – wspomnienia, rozpacz, zagubienie, rozpad osobowości. Tak, wiem, to złudne. Bo nie da się zamaskować staruszka przy stole, który w skupieniu przesuwa palcami drewniane kulki na drucie mając minę odkrywcy. Nie da się zagłuszyć szeptów lub krzyków, które osadzają się na człowieku coraz bardziej i bardziej. Patrzyłem na to miejsce i coraz bardziej garbiłem się czując, jak słowa tych ludzi przyklejają się do mnie. Mój ojciec po dawnemu powtarzał jedno imię – wołał mamę. Zawsze jej szukał, a kiedy rozsypała się jego pamięć i jego świat, to jego nerwowe wołanie stało się odtąd nowym światem. Świat dzieciństwa wymieszał się mu ze światem kopalni i ciągle szukał drogi do domu. Do swojego domu. Kiedy leżał na szpitalnym łóżku czułem, ze nie zdaje sobie sprawy z tego, gdzie jest. Otaczał nas zapach silnych środków dezynfekcyjnych, choć czuło się zapach uryny i nieczystości. I tak zapamiętałem to miejsce. Kiedy odbierałem to, co tato zostawił – swoje ubrania, okulary, buty, to zapach przylepił się do mnie. Po podpisaniu formalności wyszedłem z czarnym workiem, w którym był ślad ostatniej wyprawy mojego ojca i stanąłem na mrozie w otwartej kurtce. Wiał wiatr. Już nie pamiętam, czy ze wschodu, czy z zachodu. A może był z południa – halny? Nie wykluczam też północnego, niosącego mróz. Stałem i czekałem, aż zapach tego miejsca ze mnie uleci. Bo to niedobre miejsce. Takie miejsca nie są dobre. Bywają wybawieniem dla zdrowych, którzy nie umieją poradzić sobie z chorobą najbliższych. Bo przecież nie jest to zrobienie herbaty z sokiem malinowym. Nie jest to podanie lekarstw i zmierzenie gorączki. To ciężka praca od rana do nocy, a także w nocy. Wiem, bo opiekowałem się ojcem trzy lata w nadziei, że zostanie z nami jak najdłużej. Kiedy stałem na mrozie, to przypomniałem sobie to miejsce, którym było dawno, dawno temu. Ojciec pracował na tej kopalni jakiś czas. Czy ją budował, czy cokolwiek innego – to nie ma znaczenia. W miejsce domu opieki był budynek ośrodka zdrowia. Duży, nowoczesny. Wszystko było duże, nowoczesne. I ja tu pracowałem, nie na kopalni, ale w szkole kilka kilometrów dalej. I zdążyłem przekląć to miejsce za próbę złamania kręgosłupa człowieka na początku swej drogi. Inny zapach towarzyszył mi w dniu śmierci ojca, kiedy pojechałem do urzędu gminy zgłosić jego śmierć. Kiedy wysiadłem z samochodu uderzył we mnie zapach chlewni opodal. Ten zapach znałem, ale z innych okoliczności. Tworzył atmosferę, z której czasami nawet śmialiśmy się towarzysko. W dalekiej gminie, gdzieś na styku Śląska i Małopolski ten zapach stał się dla mnie symbolem śmierci, umierania, a także ucieczki i pośpiechu. I wiesz, kiedy zamykam oczy znów czuję te dwa zapachy, które mnie otaczają. Najchętniej znów wziąłbym prysznic, by wygonić je ze skóry, choć wiem, że nie wygonię ich już z siebie samego. Uśmiecham się, bo czasami ludzie pytają mnie, jak się czuję. Jak mogę się czuć? Czy mam im opowiedzieć o zapachu, który wraca, kiedy pomyślę o ostatnim domu mojego ojca? O konieczności odebrania jego rzeczy? Kłamię, że jest wszystko w porządku, a dla osób, które rozumieją mówię, że jest we mnie wielka dziura. Bo jest. I nie wiem, co dalej… Nawet dzisiaj chciałem iść na zdjęcia, ale rozsypałem się. Rozsypały mi się gdzieś słowa i emocje. Rozsypały mi się gdzieś chęci. Więc moim jedynym gestem dzisiaj będzie powiedzenie tego wszystkiego i wstawienie zdjęć z owego feralnego dnia, kiedy odbierałem rzeczy ojca. Niedobre to zdjęcia, robione jak wszystko w ostatnim czasie – w pośpiechu, bez namysłu. Niemal dokumentacja. Choć to jedno zdjęcie – mostu i starego drzewa jest dla mnie ważne. Bo jeździłem tamtędy odwiedzić tego, który zdążył zapomnieć kim jest i kim ja jestem. Zdjęcie-symbol. Nie chcę tłumaczyć, niech zostanie tak, jak jest. Może kiedyś przemówi razem ze mną, a może jest zapowiedzią czegoś? Nie wiem, bo czas od trzech lat płynie inaczej. A teraz wydaje się, jakby nie istniał. Zapaliłem więc świeczkę oswajając na powrót płomień. Na próbę…












Komentarze
Prześlij komentarz
KOMENTARZE