Jednak...

 

                    

                 Mróz szedł górą. Zupełnie jakby lizał szczyt drzewa i jeden z jego boków. Czyli opadał. Rzeką, która idzie górą i napotkawszy przeszkodę omija ją spływając w dół robiąc zakole. Widzę to po kwiatach. A właściwie zobaczyłem to tego dnia, kiedy był mróz. Szron z jednej strony nie zapowiadał niczego dobrego. Było jeszcze ciemnawo, więc kryształki nabierały koloru błękitu. A kiedy stałem i dotykałem zmarzniętych kwiatów zaczęły nabierać pomarańczu.  Popołudniem kwiaty zaczęły więdnąć, kurczyć się i żółknąć. A ja codziennie przychodziłem pod magnolię martwiąc się tym, że nie będzie miała kwiatów. Inne magnolie, zwłaszcza te osłonięte przez budynki rozkwitały. Z daleka widziałem ich pełne kwiaty, ale nie podchodziłem, by zrobić zdjęcie. Zupełnie tak, jakbym był wierny temu jednemu drzewu. Śmieszne, prawda? Bo jestem śmieszny w tych swoich postanowieniach i tych swoich przesądach. Ale skoro są moje, to są moją częścią. Moim światem, który narodził się z jakiejś potrzeby. Jakiej? Pewnie takiej, o której nie mówi się otwarcie. Więc i ja nie powiem. Ale powiem o kwiatach magnolii. Mojej magnolii. Przyszły jasne i słoneczne dni. Nie tak może ciepłe, ale zapachniało niebo. Zapachniał deszcz i zapachniała zieleń. A magnolia posłuszna swemu porządkowi zaklętemu w siłę drzewa zakwitła. Nieśmiało i po cichu. Odrzuciła te kwiaty, które mróz zmroził tego fatalnego ranka. Leżały na trawie, jak niedopałki cygar – brązowe i obce. Wypalone zbyt pośpiesznie marzenia o kwitnieniu. Taka kolej rzeczy, wiesz? Wiesz, rozumiesz. I pewnie rozumiesz to, ze stałem przed białoróżową magnolię i uśmiechałem się. Wyciągnąłem dłoń dotykając kwiatu. Nie, już nie bałem się, że mój dotyk zniszczy delikatne płatki. One nie były obce, nie były czymś nieznanym, a pięknym, co należy podziwiać z daleka. Była moja i mogłem ją dotknąć. Ciepłą dłonią poczuć gładkość kwiatu tak podobną do gładkości skóry, a jednocześnie tak inną. Znaną i nieznaną. Kwiaty były jeszcze zamknięte, ale wstające słońce rzucało błyski między bielą i błękitem kwiatów. Wtedy pomyślałem, ze naprawdę to magiczne drzewo, jak z legend Tolkiena, które jest jednocześnie zanurzone we wstającym dniu i w schyłku nocy. Długo potem pomyślałem, że przypomina mi się pewien obrazek. Kobieta leży w łóżku. Śpi. Jej włosy rozsypują się na poduszce, pod głową trzyma rękę. Ale jej noga jest odsłonięta. Zgrabna kobieca noga, która wystaje z pościeli. Widzę jasne udo. Piękne, bo jaśniejące czystością niespełnionego marzenia o dotyku. I to właśnie ta odsłonięta część oświetlona jest światłem wstającego słońca. Udo jaśnieje, noga jaśnieje, stopa w bezruchu nabiera dynamiki. A reszta pogrążona jest we śnie, w ciszy. W mroku, który nie jest mrokiem, bo przesącza się w niego powoli jasność, która zaczyna wędrować po kołdrze. Dotykać i nie dotykać. Więc może i ja nie powinienem dotykać kwiatu magnolii? Może powinienem tylko stać i patrzyć, jak powoli będą otwierały się kwiaty? Jak zaczną świecić w półmroku cienia? Jak nabiorą koloru bladej skóry i różu ust przy nasadzie? Może. Może. Może stanie na chwilę czas po to, bym mógł patrzeć na magnolię. A potem nieśmiało dotknąć, bo czymże byłoby samo patrzenie? Niespełnieniem? Więc niech się stanie dotyk, jak zawsze się dział. Jak każdej wiosny, na wieki wieków… 



































 

Komentarze

Popularne posty