Mus o smaku błekitu...

 

Mo Ghille Mear - Choral Scholars of University College Dublin


          Leżałem, a okno jaśniało powoli. Nie widziałem stąd szerszej panoramy. Musiałbym wstać i zobaczyć kawałek ulicy, płot i okna sąsiada, a także dalsze domy, które pochłonie dal. I będzie jeszcze las gdzieś daleko, jak wspomnienie dawnej miłości. Ale leżałem dalej starając się przypomnieć to, co ważne. Ale nic nie było ważne. Sen nie przyniósł ulgi, a jedynie pustkę, której się wypierałem. I wiesz, nigdy nie wiem, jakie jest niebo o tej porze. Czy będzie nasycone szarością bez światła, czy gołębi błękit nie zdążył jeszcze  zagrać światłem. Więc trzeba wstać i sprawdzić to, co trzeba i jechać z dalekiej prowincji przedmieść do centrum, czyli w ruch i hałas. Zaplanować dzień mając oczy niedotarte snem z głową mętną od słów niestosownych w towarzystwie dam. Dlaczego to sobie robię? Przecież nie lubię tam być. Tylko gdzie indziej, czyli nigdzie, tak naprawdę. Ale trzeba. Więc jadę w zapachy ulic o poranku, w debilne dźwięki z radia, które chce mnie ukarać za niespełnione grzechy pieprzonym Julio Iglesiasem. A potem znów przedmieścia. Byle dalej od tętnienia miasta. I wiesz, nawet stąd widzę jego pulsowanie i rytm sterowany dwoma kolorami – czerwonym i zielonym. A ja idę w kruchość. Drobne gałązki strzelają pod butami, kiedy przedzieram się przez krzaki. Tylko tutaj, przy ziemi mogę znaleźć zieleń. Na razie jest jeszcze wątła i spragniona światła i deszczu. I wiesz, w pierwszej chwili myślałem, że dzika śliwa, ta co zawsze, została wycięta. Szukałem jej i poczułem się tak, jakbym został zdradzony. Kolejny element świata, który odszedł. Ja wiem, że tracimy całe życie, a jednak tego tracenia nie sposób oswoić. Może dlatego tyle rzeczy wokół siebie gromadzimy, by zachować równowagę? Tu tracisz, tu zyskujesz. Wszystko się zgadza, prawda? Nie, nieprawda. Błękit rozlał się nade mną, a ja szukałem drzewa, które kiedyś tu rosło. Zamiast smakować wiosnę, która krąży już w gałęziach młodych drzew, nasycać oczy barwą nieba, to ja martwię się o to, że nie umiem znaleźć śladu po ściętym drzewie. A może pomyliłem drogi przez tę kruchość pod butami? Może zwiodły mnie pierwociny liści, które zdążyły wystrzelić? Tak, zdecydowanie tak. Jest dzika śliwa obsypana pąkami. Dlaczego mi tak zależało na niej? Bo ona pierwsza na przedmieściach zawsze kwitła. Kiedyś zrobiłem zdjęcia jej kwiatów i kobieta, którą kochałem pochwaliła. Dawno, dawno temu. „Ładne” – powiedziała, a mnie się wydawało, że błękit nieba i biel kwiatów wlały się we mnie i odtąd będę świecił tym wlanym blaskiem. Promieniał. A potem szybko zgasł, bo zdjęcia i pamięć o nich przeminęły razem ze słowami zastąpionymi przez inne, które chyba bardziej się we mnie wryły. Ale kwiaty zobaczyłem. Gałązki śliwy były kędzierzawe od pąków, które tylko czekają, by wystrzelić. Zlecą się pszczoły, motyle i bąki, a ja znów, jak co roku, będę stał pod białym drzewem ciesząc się z połączenia błękitu i bieli. Bieli i błękitu. Może wypełnię tę pustkę, która się we mnie otworzyła, a której nie śmiem nazwać. Może. Może znów będą wschody, na które się czeka. Słowa wypowiedziane tylko sobie. Cisza złamana śpiewem ptaka i szum liści na wietrze. Może przestanę działać, jak automat wykonujący program. Ale boję się tego schowany za prostymi rozkazami – wstań, idź, zrób, śpij, jedz. Boję się musu, o smaku błękitu i krótkich, pachnących nocy o barwie roztartej na podniebieniu ostrężyny….

































Komentarze

Popularne posty