Światy do kupienia, światy do posłuchania...
PL Clannad Lore - Tráthnóna Beag Aréir
Pamiętam, że była wtedy zima. Na pewno była zima. Chociaż może nakładają mi się wspomnienia. Wiesz, jak to jest. Ale czy teraz ma to znaczenie? Wiem tylko, że leżał śnieg. Zwały brudnego, przepoconego śniegu. Czarnego i zestalonego. Szedłem stukając wysokimi butami. Lubiłem ten dźwięk. To były moje dorosłe buty. I ja też byłem dorosły. Tak mi się wydawało, bo gdzieś tam w sobie czułem, że nic się nie zmieniło. Nic się nie zmieniło – krok, nic się nie zmieniło – krok, nic się nie zmieniło – krok. Nic się nie zmieniło, bo co się miało zmienić? Nie oczekiwałem zmian. I nawet takich nie chciałem. Świat był taki, jaki był. Upadło to, co miało upaść. System, bogowie, stare ideały. Nie chciałem się wtedy nad tym zastanawiać, bo to było oczywiste. Mniej oczywiste było to, co chciałem. Więc szedłem w pewne miejsce, o którym słyszałem. Plotki. Grube i tłuste plotki. Może nie powinienem iść? Ale skoro już jestem? Podobno odprawiali czarne msze i rysowali krwią pentagram. Co jeszcze robili nie wiedziałem. Dzisiaj bym wiedział. Dopisałbym historię z dreszczem. Sam sobie, w głowie. Tak bezpieczniej albo ciekawiej. Wszedłem w bramę. Wtedy ulica nosiła inne imię. Jakiegoś bohatera komunistycznego. Dzisiaj, po latach transformacji powoli to miejsce się odradza. Bo upadło. Ale dawniej waliły tędy tłumy. Nowe sklepy, nowe rzeczy, perfumy, firmy o nazwach, które znałem tylko z filmów lub opowiadań. Kolorowo, tłumie, pstrokato. Ale bramy po dawnemu były brudne. Czuć było wymiocinami i starym moczem. Kotami i stęchlizną. Ale ja lubiłem wchodzić w bramy. Kojarzyły mi się z odległym czasem, kiedy stróż zamykał na noc bramę – ciężką i kutą. Przekręcał klucz i spał w stróżówce, gdzie miał mieszkanie, by w każdej chwili spóźnionemu mieszkańcowi otworzyć, ale i pomruczeć od najgorszych. Więc wszedłem w bramę. Drzwi po prawej stronie (dobrze pamiętam) były odrapane i ciężkie. Nacisnąłem klamkę i zrobiłem krok do środka. Szło się ciasnym korytarzykiem ciemnym dosyć, ale klimatycznym. Dzisiaj wyciągnąłbym aparat i zrobił zdjęcie. Dlaczego? Bo lubię właśnie takie zdjęcia – dookoła czerń, a pośrodku jasność o wytyczonych kształtach łuku. Więc i tak tu właśnie było. Wszedłem do środka. Z głośników leciała muzyka. Nie pamiętam, co to było, ale mi się nie podobało. Sklep, bo to chyba był sklep, był zastawiony półkami, na których leżały kasety. Stały. Każda z okładką, każda według gatunku. Niski strop ginął w ciemności, a światła lamp skierowane były na okładki. Szedłem wzdłuż nich i czytałem nazwy zespołów, które nic mi nie mówiły. Każda z tych płyt, to był świat dźwięków, świat słów. Świat uczuć i emocji, a ja tego nie znałem. Nie poczułem nigdy większego zagubienia, niż wtedy. Kiedy wchodziłem do księgarń, to wiedziałem czego szukam. Mogłem przejść, dotknąć, chwilę poczytać lub poprosić o coś. Wiedziałem, że mam dużo do przeczytania. Wiedziałem, że nie starczy mi życia na wiele z tych książek. Czułem, że te historie nie wszystkie są dla mnie. A tutaj? Tutaj zetknąłem się z czymś, czego nie rozumiałem i czego się bałem. Nietrafiona książka nie była problemem. Ale nietrafiona muzyka? Ją trudno ukryć. Trudno się do niej przyznać, kiedy będzie stała na półce. Odnalazłem półkę ze skromnymi rzędami muzyki, która mnie interesowała. Wiem, że mnie interesowała. Słuchałem w nocy audycji w radiu. Do radia miałem dołączone słuchawki i by nikogo nie budzić leżałem i słuchałem, słuchałem, słuchałem. Czasem nagrywałem, by potem skasować to, co było niedobre. Co wydawało mi się fałszem. Znałem już rock, znałem metal, znałem pop. Mógłbym przy tym pozostać. To był mój świat. To był świat ludzi, których znałem. Rozumieliśmy się dzięki muzyce, dzięki czasowi, który spędzaliśmy razem. Czasami dzięki książkom, które przeczytaliśmy. A to była inna muzyka. Dźwięcząca. Czasami budująca w głowie krajobrazy, których nie mogłem znać. Ruiny, jeziora, rzeki. Ludzi ubranych w wełnę i skóry. Miecze. Dźwięki harf i fujarek pasterskich. Zapomniane dźwięki, które nagle ożyły i do których ktoś śpiewał językiem, którego nigdy nie słyszałem. Zaginionym. Gaelicki, szkocki, irlandzki. Boże mój…Co mam wybrać? Patrzyłem na okładki płyt i szukałem obrazka. Tak, zwykłego obrazka, który powie mi, że mam wziąć w rękę tę właśnie kasetę, wyciągnąć z kieszeni zaoszczędzone pieniądze i kupić. A potem słuchać i dopasować melodię do okładki. Do historii. Do życia. Do czegokolwiek. I zobaczyłem starca, który siedział na krześle, a przed nim otwarta była książka. Gruba, stara. Gestykulował nad nią, a okulary zabawnie wyglądały na jego twarzy. Starca słuchał chłopak-dziecko. Siedział lekko przygarbiony z półotwartymi ustami. Wiedziałem, że starzec opowiada pewną historię. Albo baśń. Albo mit. Ale wiedziałem też, że obaj zanurzeni są w słowach. Że obaj – starzec i dziecko płyną własną rzeką wyobraźni. Starzec po swojemu, dziecko po swojemu. Starzec modulując głos i gestykulując, by nadać opowieści charakter, młody z nieruchomym zapatrzeniem w siebie i w historię. Nazwa nic mi nie mówiła – Clannad. Ale sprzedawca powiedział, że dobrze grają i nawet do filmu zrobili muzykę. I że śpiewała w zespole Enya (Boże, kto to taki?) Kasetę kupiłem. Wracałem z nią, kiedy zapadał już zmierzch. Krótki, zimowy. Autobus tłukł się drogą, skręcał, piszczał, a ja czułem, że wiozę coś, co będzie dobre dla mnie. Gdyby to była książka, już kilkanaście stron miałbym przeczytanych. Ale to była muzyka, która czekała na noc. Na skupienie po całym dniu. Na chwilkę, kiedy wszyscy pójdą spać. Na chwilę, kiedy poczuję się jak to dziecko z okładki, które lekko uchyloną buzią daje znać starcowi, że nie ma go tutaj, jest za to w jego opowieści. Dlaczego opowiedziałem ci tę historię? Bo to dobra historia. O mnie, o starych czasach, o tym, co dla mnie ważne. A ważny jest dla mnie ten gest starca, który maluje świat i otwarte usta dziecka. Kimkolwiek byśmy nie byli i cokolwiek byśmy nie robili, jeśli wywołuje to zachwyt, jest godnym zapamiętania. Więc czemu różowe kwiaty? Naszukałem się ich bardzo. Tak chciałem, by już zakwitły. Aż w końcu znalazłem nieocienione drzewo z kwiatami w rozkwicie. I wierz mi, stanąłem patrząc na nie zupełnie tak, jak dziecko z okładki. Przez głowę przeleciały mi historie o cesarzu i kwiatach wiśni, umieraniu i odrodzeniu. Końcu i początku. Powinności i obowiązku. Miłości i zapomnieniu. Dużo tego, prawda? W sam raz na opowieść, która trwa i nie można jej dokończyć…























Komentarze
Prześlij komentarz
KOMENTARZE