Różowe rozmowy...
- Może wolałbyś?
- Co wolałbym?
- Ależ ty jesteś uparty. Udajesz teraz, że nic nie rozumiesz. A rozumiesz, widzę to po oczach.
- Tak, udaję, że nie rozumiem.
- Nie możesz, jak normalny mężczyzna odpowiedzieć? Podjąć decyzję, albo od serca walnąć prawdę? Musisz się tak znęcać nade mną?
- Gdzieżbym śmiał!
- No i co?
- Co, „co”?
- Koszmar! Straszny jesteś!
- Wiem Mała, wiem. Ale nie muszę odpowiadać. Bo ty przecież wiesz, czujesz to, co kryje się za milczeniem, albo za słowami, które nie chcą nazywać.
- Wiem. Ale nawet nie zdajesz sobie sprawy, jakie to męczące. Wiedzieć, a nie usłyszeć. Żyć w urojeniu i na nim budować. Bo przecież nie wiem na pewno.
- Mała, skoro tak ci na tym zależy, to powiem. Czasami chciałbym, żebyś była taka mała, maciupeńka, jak naparstek. Coś sobie śpiewała, nuciła i gwizdała. Znikała na kilka godzin, a potem wyłaziła umorusana i szczęśliwa z pajęczynami we włosach i potarganą, szatką. Lubię cię taką. Lubię te nasze rozmowy, w których niby jesteś mała, jak dziecko, ale wiesz o co pytasz.
- Więc jednak…
- Cicho, nie przerywaj. Ale lubię, jak jesteś taka, jak teraz. Możesz sięgnąć do gałęzi i dotykać palcem kwiatu. Widzę, jak się wtedy uśmiechasz. Jak jaśnieją ci oczy, jak naprężają nogi i plecy, kiedy stajesz na palcach. A kiedy wieje, jak dziś, to uwielbiam patrzeć, jak twoje włosy falują nieposłusznie. Patrzysz na to drzewo z zachwytem, a ja z zachwytem patrzę na ciebie. Czy to nie starcza?
- Nie! Masz powiedzieć: Albo tak, albo tak.
- Nie powiem. Nie powiem, bo tego chcesz.
- Obraziłam się!
- Mała, posłuchaj – chwyciłem ją za rękę, chciała ją wyrwać, ale powstrzymała się. Jej ręka była mała, ciepła i lekko drżała, jak małe zwierzątko. Mała, posłuchaj: kiedy byłem chory, to przyszłaś do mnie taka, jak teraz, jak dziś. Położyłaś się obok i pilnowałaś mojego snu. Czułem twoją skórę, zapach i nagość. Piersi na moich plecach. To było coś, czego nie mogę nazwać, bo słowa, są tylko słowami. A najważniejsze z nich są te, których nie można wypowiedzieć, by nie złamać ciszy i tego, co dzieje się między…
- Między…?
- Między. Kropka.
- Czyli chcesz…
- Nie, już ci powiedziałem – ja nic nie chcę. To ma być twoja decyzja, która możesz zmieniać kiedy i jak chcesz. Możesz raz być taka, jak teraz, a raz mała, malusieńka. Bo zawsze będziesz Małą. Różnica jest jedna. Z jedną można szeptać i szukać ciepłego dotyku. Zgadywać dotyk palców, albo liczyć ile razy westchniesz przez sen. A z drugą gadać o życiu, tłumaczyć zawiłości polskiej składni i dlaczego żyrafy mają długą szyję.
- Ile razy?
- Co „ile razy”?
- No, westchnęłam.
- Siedem, jeśli już musisz wiedzieć. Taka symboliczna liczba. Podobno szczęśliwa. Ale nie wzdychałaś ciężko, więc pewnie biegłaś we śnie, albo coś się działo.
- Może. Może masz rację. We wszystkim. W tej siódemce też. Ale jednak trochę tak mi dziwnie.
- Dziwnie…Może dlatego, że stoimy pod różowym drzewem? Majtkowym, więc i nasze rozmowy…
- Nie, przestań, spłaszczasz wszystko do jednego!
- Teraz ty masz rację. Ale uśmiechnęłaś się. A czy nie jest to największą nagrodą uśmiech kogoś obok? Nie łzy, nie troska, nie złość, a właśnie uśmiech?
- Co mi jeszcze powiesz? Może jakaś opowieść?
- Nasza rozmowa, to cała opowieść. O nas samych. A czy istnieją lepsi bohaterowie od nas samych? Ale masz rację, coś ci opowiem. Wiesz dobrze, że jestem przesądny. Więc co roku najpierw są różowe drzewa, na które czekam. Czekam i czekam. Wypatruję, kiedy ich gałązki nabiorą żywszego koloru. Sprawdzam. A potem tonę w różowych zdjęciach. I kiedy mam już dość, to zjawiają się magnolie. Sztywne magnolie. Ani męskie, ani kobiece. Pachnące, kołyszące się na wietrze. A potem są te – wiśnie czy migdałowce, do końca nie wiem. Wydaje mi się, że nasiąkam różem na cały rok. Że utonę w nim. A potem mi tego brakuje i kiedy słońce wschodzi czekam na tę chwilę, by niebo rozbłysło na sekundę tą barwą. Pożądania, ale i marzeń.
- Marzeń?
- Tak, tych słodkich, niewypowiedzianych. Delikatnych, a jednak tak bardzo realnych, bo krążących w żyłach z krwią. Ale nietrwałych.
Zawiał wiatr, zmierzwił moje włosy i włosy Małej. Podniósł na chwilę brzeg jej sukienki i zawirował płatkami, które opadały wirem na trawę, na asfalt i na nas. A nieba znów zaczynały swoją wędrówkę. Chmury burzyły się na zachodzie i północy. Jest wszystko w porządku, pomyślałem. Jest wszystko w porządku…





































Komentarze
Prześlij komentarz
KOMENTARZE