Cena...
Przychodzą nieba i odchodzą, a czas płynie, sypie się przez palce i wiatr szumi zielenią. Nie trzeba filozofów, którzy rozdrapią każdą cząstkę świata i każą im krążyć, łączyć się w niezrozumienie. Trzeba tylko bosych stóp, które wyczują trawę i jasnego wschodu wpadającego w oczy. Tak myślałem dawniej. Dawniej, czyli kiedy? Po prostu dawniej, kiedy goląc się myślałem, że zmarszczki dodadzą mi charakteru i zmienią twarz idioty w kogoś, kim nie jestem. A przecież w swej zachłanności zapragnąłem więcej i więcej i więcej, aż do przesytu, a mimo wszystko pragnąłem wciąż i od nowa. Gotyku kutego w srebrze średniowiecza i ciemnych wnętrz kościołów z palcem światła wpadającego przez witraże. A potem ujęła mnie dal gór i ich samotność, więc wędrowałem nieprzytomnie omijając ludzi i ich słowa wypowiadane w zmęczeniu i dla rozrywki. A potem poznałem piach plaży i mewy krążące nad głową, kiedy wiatr porywa i każe iść w błękit przed siebie. I jeszcze poznałem smak miłości, która smakuje inaczej, niż piszą poeci, bo od słodyczy przechodzi w gorycz, by napełnić niezrozumieniem. Więc trzeba czegoś nowego, myślałem, wiedząc, że każde pragnienie ma swoją cenę, którą z odsetkami zapłacę. Ale tak chyba musi być, prawda? Tak musi być. Każda chwila zamyślenia i każda chwila płochości musi zostać zapłacona. I wcale nie jest mi smutno, bo to należy do mojego świata. To należy do mnie. To jest mną. A może ja jestem tym wszystkim? Dlatego czuję upał i czuję chłód. Staram się mówić do siebie – „Widzisz, czujesz to”, by pamiętać I by znów, następnym razem, móc znów powiedzieć to samo. – „Czujesz to, widzisz?” I wschód słońca, który wielbię i chmury ciągnące niebem i nagietki. I drogę przez miasto i lawendę kwitnącą o tej porze roku. Czujesz? Tak, czuję. Widzisz? Widzę. Będę pamiętał, by następnym razem znów poczuć i znów pochylić się w zachwycie. By znów iść w uroku gwarnej ulicy. By znów milczeć o wschodzie słońca. Nic się przecież nie zmieni. Droga będzie drogą, deszcz deszczem, a młode wróble tak samo będą kłócić się w krzakach bukszpanu. A cena, o której wspomniałem? Ceną może być brak tego wszystkiego. Nie, nie pustka, a brak. Inna rzeczywistość. Nie magiczna z czarodziejską lampą, a zupełnie inna. Dlatego codziennie wstaję tak wcześnie i podchodzę do okna. Patrzę. Widok jest taki sam, ale czy to przeszkadza? Stoję i patrzę, jak niebo nabiera koloru, jak rozgrzewają się chmury i jak słońce skacze na horyzont. Słyszę, jak ptaki zaczynają śpiewać. Marznę, ale to też jest dobre, bo uświadamia mi, że dzieje się to, co jest. Nie wymyśliłem tego, nie skopiowałem, nie zobaczyłem na zdjęciu czy obrazie. „Musisz robić te same zdjęcia? Przecież już robiłeś to kiedyś?” Tak, chyba muszę, wiesz? Na pewno muszę. Bo wiem, ze każda chwila, w której dostrzegam coś niezwykłego będzie tą, którą muszę zapamiętać. Na „zaś”. Do następnego razu…


























Komentarze
Prześlij komentarz
KOMENTARZE