Chmury...
Już Ci to chyba mówiłem.
Kiedyś.
Kiedyś mówiłem, że niebo tutaj jest szczególne. I wiesz, nigdy nie dochodziłem dlaczego, zwalając na fizykę, geografię i moje głupie widzenie świata. Ale tym razem już wiem, że niebo tutaj jest inne. Zniża się do człowieka tak, że jak leży na piasku, to kiedy dłoń podniesie, to może bawić się w Atlasa podtrzymującego kopułę nieba. Albo łapacza chmur z siatką na motyle. Albo chmurnika z oczami szarej burzy, który rzuca się w lot. Tu niebo wisi nisko i nisko szorują chmury, a ich płynność zależna jest od wirów podniebnego wiatru. Wiedzą o tym albatrosy śmigając między niebem i głowami ludzi. Tu otwiera się szerokie niebo i czasem zalewa mnie błękit. Myślę wtedy o sprawach nie z tego świata, bo jak inaczej? A kiedy chmury nadciągają, to szorują brzuchami o powierzchnię morza. Mogę na nie patrzyć godzinami odnajdując w ich powietrznych transformacjach zwierząt czy ludzi. Brakuje mi tego nieba. Brakuje mi zanurzenia się w błękit. Brakuje mi chmur, które wędrują po szerokim niebie nie zważając na maszty, kominy czy drzewa i budynki. One są po to, by człowiek zadzierał głowę i wróżył z nich koleje swojego losu, albo to, co będzie robił wieczorem, albo coś jeszcze równie ważnego, jak przygodny seks czy tulenie butelki z piwem na rannego kaca. Masz rację, zgryźliwy się robię, a nie powinienem, bo przemawia przeze mnie zazdrość i starcza zgryźliwość. Nie na darmo otwieram okno swojego pokoju i patrzę kiedy popołudnie zamiera, a morze wygładza się, jak człowiek we śnie. Powinienem sycić oczy widokiem półnagich ludzi wracających z plaży, albo leżących na piasku. Słuchać gwaru bijącego pod niebo i z pełnym zrozumieniem kiwać głową mędrca, który uśmiecha się na nietrwałe życie człowieka. Któż może o tym wiedzieć lepiej? Ale nie jestem mędrcem. Patrzę uparcie w niebo. To moje prawo, by patrzeć na horyzont, na którym kłębią się chmury. Za którym jest coś, czego moje oczy nie widzą. Może tam by było lepiej? Może tam ogarnąłby mnie spokój. Bo przecież przyjechałem tu, by odnaleźć spokój. Poukładać w głowie wszystkie sprawy, które mnie przerastały. Które na chybił-trafił wkładałem w przegródki licząc, że kiedyś do nich wrócę. I wróciłem pod szerokim i niskim niebem na wyciągnięcie dłoni. Obracam je w dłoniach i segreguję. Trudno tak, trudno. Rozumiesz? To jak na powrót przeżywanie tego, co było. Ale to konieczne, by zrobić porządek, by świat znów zaczął działać tak, jak tego pragnę, by w chaosie odnaleźć ład, nawet jeśli tylko pozorny. I zadaję pytania – dużo pytań. Wiesz przecież, że ja ciągle pytam. Więc: „dlaczego takie słowa?”, „skąd to się wzięło”, „dlaczego ja”, gdzie iść dalej?”, „co dalej będzie?”. Dalej, to słowo-klucz. Ale nie mówmy o sprawach trudnych, tych jest dość, w każdym życiu. Mówmy o niebie i obłokach. Mówmy o chmurach. Mówmy o oczach, w których odbija się to wszystko i zmienia się ich kolor od szarego po niebieski i zielony. Mówmy nawet o półnagich właścicielach parawanów z głośnikami i piwem, którym gaszą wszystkie pytania i odpowiedzi. Dlaczego ja tak nie potrafię? Widzisz, znów pytanie. I tak sobie myślę, że póki życia, póty pytań, na które nikt nie chce odpowiedzieć. Dlatego trzeba nieba głębokiego, nieba szerokiego, by zalało wszystko spokojem. Wlało się do oczu i wplątało we włosy i w żagle płci, by można było żeglować, kiedy słońce zachodzi. I wiesz, kiedy wróciłem przeraziłem się moim niebem. Wysokie, wysokie niebo, którego nie umiem dosięgnąć i horyzont zabudowany dachami i masztami. Chmury kotłują się na horyzoncie, ale nie umiem się w nie rzucić. Zanurkować. Zupełnie jak z ludźmi. Nie umiem zanurzyć się w ich wnętrzu wiedząc, że to samo dzieje się z nimi. Czuję zawód, ale to nie pierwszy raz, wiesz? Pewnie przywyknę i wskoczę w swoje koleiny zasłaniając się pracą, zmęczeniem, czy czymś tam jeszcze, chciwie pielęgnując swoją intymność i myśli szeptane przed snem zamiast pośpiesznej modlitwy…







































Komentarze
Prześlij komentarz
KOMENTARZE