Kruche ścieżki światła...
HAEVN - The Sea
O tej porze piach jest jeszcze zimny i przypomina zmrożoną ziemię odartą z koloru. A tu, pod wydmami, nie ma ludzkich śladów. Nie ma odcisków stóp, butów, szalonego parawaningu i dołów wykopanych w poszukiwaniu skarbów. Dlatego siadam właśnie tam, gdzie nie ma śladów, bo czuję się z tym dobrze. Mała przyjemność na rozpoczęcie dnia. Dobrze to wymyśliłem, prawda? Nie, nieprawda, bo trzeba iść przez szum i zimny piach. Dobrze jeszcze, że przypływ wygładził swoją dłonią to, co zepsuli ludzie za dnia. Ja też psuję. Może nawet jestem gorszy od nich, bo jestem pierwszy. A skoro pierwszy, to siądę i poczekam. Lubię tak czekać. Dlatego przychodzę wcześniej, dużo wcześniej. Wyskakuję ze snu, ubieram się, zabieram wodę i aparat i zamykam drzwi pokoju. Cicho skradam się przez schody, otwieram kluczem drzwi wejściowe (całe szczęście, że zamek jest cichy) i jestem na plaży. A potem idę. Daleko? Tak, daleko. Ale czy to przeszkadza? Nazwałem to miejsce Aleją Wiatrów, choć często myślę o niej, jako o Zatoce Wiatrów. Tu zawsze wieje. Zawsze czuję na twarzy podmuch. Wiesz, to dzika plaża. Wydmy ma nieogrodzone, by mogły przesypywać się z miejsca na miejsce. A kiedy robi się szaro, to w lesie budzą się ptaki i śpiewają. Mewy płyną Aleją Wiatrów z pełną szybkością, a ja siedzę na wydmie i obserwuję ich pęd w skrzydłach. I morze tu inaczej brzmi. Nie wiem, może to akustyka miejsca, ale dźwięk nie jest płaski, a głęboki. Jeśli chcesz, to siadaj. Możemy pomilczeć w oczekiwaniu na słońce. Wiem, wiem, że zimno i wieje, ale to urok tego miejsca. Bo przecież wiatr oznacza wolność, prawda? Wiec siedzę w wietrze i szarości poranka. Cieszę się w myślach, że większość okupująca plażę śpi jeszcze. Nawet przygodni biegacze i zbieracze okruchów bursztynu śnią swoje własne, prywatne sny. Ja też śnię tyle, że na jawie. Bo to jest mój sen spełniony, o którym bałem się myśleć. Bałem się sobie życzyć tej chwili i tego miejsca. Na pewno są miejsca lepsze i piękniejsze, ale to jest właśnie moje – wybrane. Skoro dano mi możliwość wyboru, to wybieram. I przychodzę codziennie na te wydmy, gdzie siedzę i obracam w głowie słowa. Jakie? Czasem bardzo ważne. Czasem zupełnie nieważne. Czasem myślę o swoich grzechach, by przykryć je milczeniem nieodpuszczenia. Nie, to nie tak, że to jedna z nielicznych chwil, kiedy dzieje się magia. Sama wiesz, ze magia jest wszędzie, trzeba ją tylko odnaleźć. Zauważyć. Czasem nazwać, jeśli to potrzebne. A czasem tylko poczuć, jak delikatne iskierki przebiegają przez palce. Zaraz słońce wstanie. Skąd wiem? Nie, nie patrzę na zegarek, po prostu czuję. Robi się jaśniej i niebo nabiera koloru. Część nieba jest jeszcze we władaniu nocy, a część jest już dniem. Na horyzont naciągnięto łunę, która świeci. Mieni się kolorami od różowej przez pomarańcz aż do żółtego. I dzieje się słońce. Lubię ten moment, wiesz? Widać tylko czubek słońca. Nieledwie ogryzek, który z każdą chwilą jest coraz większy. Ale ten moment pojawienia się świecącego skrawka nad morzem jest najpiękniejszy. A kiedy zaczyna się wspinać po niebie, to na morzu tworzy się ścieżka. Widziałaś taką ścieżkę? Tak, pewnie widziałaś. Ja też, ale uświadomiłem sobie dopiero teraz, że nie jest to tylko odbicie słońca. To słoneczna droga, którą można szybko pobiec. Ostrożnie wejść w blask i biec ile sił w stronę słońca. Bo kiedy zrobi się za późno, to ścieżka swoim blaskiem spali. Dlatego tę baśń o słonecznej ścieżce ludzie niechętnie opowiadają, bo boją się samego mówienia o niej. Boją się stawać na kruchym, słonecznym promieniu i biec ile sił przed siebie, aż blask spopieli oczy, spali skórę i wysuszy ciało. Ścieżka słońca nie jest dla ludzi. Bo co, jeśli przyjdzie fala i przerwie ścieżkę? Bo fale są zazdrosne o światło i starają się je połknąć, a potem zabłysnąć złotem choć chwilę. A co będzie, kiedy chmury wleją się, jak to bywa nad morzem, nieoczekiwanie na horyzont? Schodzę z wydmy i podchodzę do brzegu. Idę w szum. Idę w jasność. Wszystko to, o czym myślałem znika. Wszystkie sprawy, które były istotne i nieistotne przestają mieć znaczenie. Całe dobro, które dostałem od ludzi, całe zło, które się na mnie wylało. Wszystkie złe chwile, wszystkie dobre zaśnięcia wieczorem. Każde dobre i złe słowo. Każda szczerość i nieszczerość ludzka. Każda rana i każda blizna. Teraz to nie ma znaczenia. Patrzę na smugę ciągnącą przez morze. Czasami patrzę na fale, które przecinają słoneczną ścieżkę. Waham się. Staję i robię krok, dwa, ale schodzę. Tchórz ze mnie. A może wolę odgłos robienia zdjęcia? W końcu to też magia malowana światłem. Przynajmniej chciałbym w to wierzyć. Dlatego stoję na brzegu i naciskam z uporem migawkę zmieniając kąt, zmieniając nastawy. Udaję, że wiem, co robię, bo tak naprawdę chcę widzieć tylko smugę-ścieżkę sunącą przez morze. A kiedy blask staje się zbyt duży ścieżka znika. Rozmywa się na miliardy błyszczących refleksów, a ja odwracam się plecami do wschodu. Wracam. Towarzyszy mi radość i zmęczenie. Towarzyszy mi cisza. We mnie. Staje pośrodku Alei Wiatrów i wyciągam butelkę. Piję wodę, która zimnem rani mi wnętrze. Znów czuję, nie jestem duchem. Znów przeżyłem kolejny wschód. Taki sam jak inne i tak samo niepowtarzalny. Przede mną cień wydłuża się nienaturalnie. Mam długie, patykowate nogi i maleńką główkę, a w aparacie niosę zdjęcia. A w sobie niosę siebie…





































Komentarze
Prześlij komentarz
KOMENTARZE