Zielona perła...



             Wystarczy mi ta chwila, wiesz? Wystarczy. Potem może dnia nie być, choć żal tych minut, kiedy stanę w słońcu i zamykam oczy, a promienie omywają mi twarz. A popołudnia wyraźnie zapadają w ciemność i chłód bije od powietrza. Dlatego pozostaje mi jeszcze ta ranna godzina niespieszna, kiedy słońce budzi się i wstają mgły od wody. Jezioro paruje, a mgły snują się między konarami. A ja idę groblą zapatrzony w zieleń. Tylko w zieleń. Ciemną i na granicy czerni, a potem głęboką i z błyskami światła, by nabrać jasności i złota. Tak, masz rację, to jesień, która nie zdążyła zżółknąć i opaść na wiecznie wilgotne ścieżki, które nie wyschną do pierwszego śniegu. Ale zanim czas rozbierze drzewa, a mnie każe ubrać kurtkę i rękawiczki, niech dzieje się ta pora rano, kiedy zimno wpycha się pod koszulę. I leniwe słońce bawi się mgłami i mogę zobaczyć jego promienie, którymi rzuca jasne plamy światła. I żałuję. Moja wina, moja wina, moja bardzo wielka wina, że znów nie zauważałem tego wszystkiego ogarnięty życiem. Na chwilę stawałem tylko przepuszczając myśl o jasności światła i czerni cienia. To nie wystarczy, wiem. Zgoda, myślałem też o sokach żywo krążących w drzewach i we mnie. I były to myśli gwałtowne jak płomień. Niecierpliwe i pochłaniające wszystko. Niewiele w nich zachwytu. Niewiele. Zbyt dużo pewności, że czas zatrzyma się i będzie zawsze, jak zawsze. A teraz przychodzi czas ciemnej zieleni i mgieł szarości. I słońca malującego aureole wokół pni. I katedr ze światła tak kruchych, że powstają na minuty, by runąć w zapomnienie i w moją nietrwałą pamięć. I wszystkie te drzewa - stare dęby z wygiętymi gałęziami o grubych pniach, jak strażnicy, buki i graby czeszące długie gałęzie nad zieloną wodą. Chciałbym zamknąć te chwile w kropli i zachować na inny czas. I nie byłby to malachit ani szmaragd. Nie byłby to oliwin ani czczony na wschodzie jadeit. To byłaby perła. Zielona perła. A może szara? Przytłumiona. Zobacz, ich blask nie jest ostry, jak ten diamentowy. Ich blask rozlewa się, tłumi światło. I kiedy siedziałem na ławce, to wyobraziłem sobie, jak każdą z tych pereł nawlekam na linkę i tworzę sznur pereł. Naszyjnik? Bransoletka? Nie wiem. Ale to dobre perły o innym kolorze. Niezwykłym. Pasującym do Twojej skóry. Skąd wiem? Kiedy leżałaś naga, wyszedłem z Twojego snu, podszedłem i przesunąłem po Twoim ciele perły, by nabrały ciepła. By nabrały światła od skóry. By nabrały wewnętrznego blasku. Zacząłem od stóp i kostek, przez wysmukłe nogi i ich ocienioną deltę, a potem przez brzuch i szczyty piersi i Twój sen szepczący. I tak sobie myślę, że chciałbym zobaczyć, jak siedzisz przed lustrem, kiedy nikt nie patrzy i rozczesujesz włosy. Zamyślasz się i dotykasz na szyi albo na nadgarstku sznur zielonych i szarych pereł. Pasują, prawda? A słońce coraz wyżej i mgła rozwiała się. Słyszę, jak krople spadają z liści i świat się promieni. Już nie wędruję oparem zieleni. Już nie liczę promieni. Wstaję z ławki. Już pora. Zostawiam zamyślenia, które rozwieją się za moim śladem. Idę w jasności poranka i czuję spokój i ciepło. Rozpinam guzik koszuli i myślę o niebieskich migdałach nieba…  

 






































Komentarze

Popularne posty