Zamykanie bram...

 

           Śpiesz się, śpiesz. Zamykają bramy, wiesz? Bo zamykają bramy. Wąsaty starszy stróż idzie już powoli przez podwórko. Poprawia czapkę-maciejówkę. Palcami żółtymi od nikotyny dotyka daszku jakby kogoś pozdrawiał. Staje. Patrzy za bramę na ostatnie okruchy słońca, które sączą się przez powietrze pełne kurzu. A może wilgoci? Nie wie. Nie musi wiedzieć. Chociaż jak człowiek się zastanowi, to tyle jest rzeczy, których nie rozumie. Opiera się na miotle. Dobrej, zrobionej z giętkich gałązek brzozy. Niedawno ją zrobił i był dumny, że jeszcze pamięta, jak dobiera się gałązki, suszy, by potem zamocować na kiju. Pamięta, jak dziadek mu pokazywał. Wydawało mu się wtedy, że zdobył jakieś wtajemniczenie, bo robić miotły mógł nie byle kto, tylko jego dziadek, do którego przychodzono po radę. Dziadek siadał z zadumaną miną i patrzył w przestrzeń. Czasami podpierał głowę, a czasami drapał się po niej. I odpowiadał. A ludzie uśmiechali się, ściągali czapki i wychodzili z lekkim sercem. A on? Patrzy z uwielbieniem na wirujące drobiny wilgoci w promieniach światła. Nic nie musi mówić. Nic nie musi myśleć. Wystarczy, że może patrzyć. A widoki stąd są doskonałe. Zanim zamknie bramę, to zawsze zwleka. Wiadomo, że ta z parteru wpadnie za chwilę i będzie dzwonić. A ten z drugiego, to na pewno przyjdzie spóźniony. Jest więc czas dla siebie. W swoim pokoiku zostawił małe radyjko, które cicho gra i stygnący czajnik. Nie spieszy mu się. Klucz do bramy ciąży w kieszeni. Duży. Chyba przedwojenny, bo wtedy kuli jeszcze takie klucze. Na dużym, stalowym kółku, wyślizganym i pięknym. Klucz wisi przy drzwiach, tam jego miejsce. Czasami wydaje mu się, że mógłby inaczej żyć. Wyjechać. Iść drogą pod górę i stanąć na wzgórzu. Zobaczyć widok, który czasem mu się śni – kołyszący się las świerków. Jego szum, który do niego dociera, a on stoi i patrzy w dal tak, jakby to było wszystko jego. Wiatr rozwiewa mu włosy i pelerynę szarej barwy. Dziwaczne ubranie, ale przez lata przywykł do tego snu. Kiedy otwiera oczy czuje jeszcze na skórze tamte promienie słońca, które padają mu na twarz i pod powiekami widzi czarne i świetliste koła zostawione przez słońce. Albo przez księżyc, bo czasami śni mu się noc i wędrówka nocą i patrzenie w dal. Odruchowo szuka blasku ognia, jak gdyby wiedział, że ktoś przy nim siedzi i czeka. Ale nigdy go nie znajduje.

- Dobry Panie Józefie, nie zamyka pan?

- A, dobry, dobry. Zamykam, ale tak się człowiek czasem zamyśli, rozumie pan.

- No tak, ma pan czas, może pan się zamyślać, a ja znów w niedoczasie. Znowu w pośpiechu. No, lecę. Dziękuję, że pan czekał panie Józefie.

     Niedoczas. To takie ładne słowo. Ludzie ich dużo znają. A on nie musi. Ma czas. Otwiera tylko i zamyka bramę. I czasem coś naprawia. I zamiata podwórko. I pilnuje porządku. Bo przecież to jego kamienica, jego podwórko. Jego dom.  Niedoczas, dobre, mocne słowo. A on nawet nie ma zegarka. Bo po co? I tak czuje, która jest godzina. Tak wewnętrznie. Na ścianie wisi stary zegar, który nakręca raz w tygodniu i patrzy z lubością na jego tarczę z porcelany. Czasem głaszcze ją, bo lubi rzeczy, które nie robiło się na „raz”, czy na „dwa” razy, ale solidnie. Solidnie. Trwale. Żeby czas wybijał w nas godziny, a wahadło odmierzało dzień i noc. Dzieliło tą samą miarą. Co mu z elektrycznego zegara, który kiedyś dostał. Nic. Bezduszne i milczące. Bezosobowe.

- Jezusie Nazareński, pan jeszcze nie zamknął Panie Józefie. Dziękuję. Znów się spóźniłam, prawda.

- Całuję rączki Panno Zosiu. Tak, czekałem na panią. Bo to wie Pani, potem dzwonić, czekać, a baby w kamienicy ciekawe i na jęzory wezmą. Po co.

- Życie mi pan ratuje. Kiedyś ciasta jakiego przyniosę i porozmawiamy. Dziękuję i biegnę, bo pomieszkać by się przydało.

- Ano, ma Panna rację. Pomieszkać by się zdało. Pomieszkać. Pobyć w domu, koc narychtować, herbatę zaparzyć…

        Patrzy za nią, jak idzie cicho przez podwórze, by nie daj Boże stukać obcasami. Kręci biodrami przy tym. Pewnie o tym wie. I on wie, że ona wie i że domyśla się jego spojrzenia. Stary już jest, więc nieszkodliwy. Może kusić starego, a on i tak się uśmiechnie i zamknie tę bramę. Słońce już zresztą zaszło. Ostatnie promienie czeszą trawę, która teraz wygląda na chłodną od wieczornej rosy. Józef chwyta ciężkie skrzydło bramy i z poważną miną, a trochę ze wzruszeniem  zamyka jedno, a potem drugie skrzydło. Wyciąga wielki klucz. Czekał na tę chwilę długo. Wsadza w zamek i przekręca. Klucz wchodzi gładko i słychać szczęk rygli wewnątrz – stara, solidna robota. Chowa klucz, który znów przyjemnie ciąży w kieszeni. Zabiera miotłę i idzie do swojego mieszkanka na parterze. Stawia miotłę w miejscu, gdzie stawia ją zawsze, naciska klamkę i wchodzi. Uderza w niego zapach domu. Jego domu, a on czuje, jakby dawno go tu nie było. Zegar odmierza czas cykając z daleka. Radio cicho szemra. Jego dom. Zamyka drzwi i czuje, jakby dzień teraz dopiero mógł się skończyć. Dobrze wykonał swoją pracę. Zamknął bramę. Zamknął drzwi, na których wisi stara, bardzo stara tabliczka wykonana przez znajomego rytownika: Józef Oktober – STRÓŻ

Śpiesz się, śpiesz. Zamykają bramy, wiesz? Zamykają już...  


















 


Komentarze

Popularne posty