Cisza opada...
A kiedy cisza opada wszystko zastyga. Błogosławiona taka cisza, wieczne moje sacrum. Kiedy idę, to nie słychać moich kroków, bo tłumi je mgła. To dobrze. Wreszcie mogę być cieniem tylko nad sinymi wodami, jakby powiedział poeta. A może on nie był poetą, tylko lubił słowa? A ja lubię ciszę, która się wraz z mgłą rozlała. To nic, że chciałem zrobić zdjęcia pogodnego jesiennego poranka z leniwym światłem i uśmiechem. To nic. Będą inne zdjęcia i inne światło. Tajemnicze, które wylewa się znikąd i donikąd biegnie. Otula, ale i chłodzi. Widzisz, włożyłem już płaszcz jesienny i ręce mi marzną, kiedy naciskam migawkę. Ale to przecież nic. Zupełnie nic. Jest przecież cisza, która przyszła razem z mgłą. Niech tam sobie świat żyje, jak chce. Niech się kłóci, kocha, śpiewa. Niech się gubi w wiecznym hałasie samego siebie. Zakochany w swoim zgiełku. Ja mam swoją ciszę, która dziś rano opadła. I stałem przed ciemnym oknem i patrzyłem na ulicę widząc latarnie zatopione w bieli. Tak bardzo chciałem w nią wejść i nie wracać. Zgubić się. Wiem, nie powinienem, bo tacy jak ja nie lubią z niej wracać, kiedy sobie na to pozwolą. Ale tęsknota za bielą i ciszą pozostała. Jest we mnie, noszę ją gdzieś w sobie. Dlatego niepojęty jest dla mnie fenomen morza, które przecież hałasuje. Bije falami o brzeg i bezustannie szumi. A jednak po jakimś czasie przestaję zauważać to wieczne falowanie i idę piachem z poczuciem ciszy. Tej upragnionej ciszy, której tak mało nam jest dane. Dlatego teraz idę przez ciszę, rozcinam ją swoim ciałem, a ona za mną posłusznie się zamyka. Czy wiesz, jakie to cudowne uczucie wiedzieć, że zamknęła się za mną przestrzeń i dalej otacza mnie cisza? Giną domy i giną ludzie. Giną samochody i ginie cel. Cel? Czy ja mam swój cel? Kiedyś może tak, a teraz? Teraz chcę tylko ciszy i starych drzew ginących we mgle. I jeziora, które paruje. I duchów, które czają się w niedokończonej jeszcze nocy między gałęziami drzew. I cieni wirujących w powietrzu. I opowieści, które rodzą się i przepadają w jednej sekundzie. Dawniej chciałem umieć uczynić gest i cisza opadałaby na wszystko. Wiesz, wyciągam dłoń przed siebie. Tę dłoń o długich i szczupłych dłoniach, która bardzo chciałaby znać magię. Więc wyciągam ją i opuszczam. I wtedy robi się cisza. A ja idę i wiem, że ona jest również we mnie. Ale tak nie jest, więc muszę szukać ciszy tam, gdzie mogę. Muszę karmić się ciszą wtedy, kiedy ją znajdę. Muszę sam być ciszą, ale to czasem trudne. Najtrudniejsze. Bo to jedna z tajemnic tego świata, że można kogoś obdarzyć uśmiechem, dobrocią, dobrym słowem, pociechą i gestem. A także miłością, nienawiścią, łzami i niezrozumieniem. Ale obdarzenie ciszą jest niezrozumiałe. „Dlaczego?”, „co się stało?” – Nic, nic się nie stało, po prostu milczę. Słucham ciszy. Jestem w niej i nią. A mgła podnosi się i opada – oddycha. Cienie krążą i bodaj czy nie widziałem rusałki kątem oka? Nimfy, która przytulona do starego drzewa zapragnęła zobaczyć człowieka? Człowieka, czyli mnie? Jestem człowiekiem? Jestem człowiekiem we mgle? To znaczy tym, który poszukuje swojej ścieżki? A czy muszę? Pewnie tak. Pewnie kiedy cisza opadnie ruszę w swoją stronę. Nie siądę na ławce mokrej od mgły. Nie zapatrzę się na gładką taflę stawu. Nie będę podziwiał obrazów rodem z Corota albo Fragonarda, choć będą mi się roiły w głowie. A może siądę sobie na przekór światu. Albo nie wiadomo komu. A może jeszcze nakryję Twoją rękę swoją i lekko uścisnę. W ciszy, która nas otuli...





















Komentarze
Prześlij komentarz
KOMENTARZE