Tak bywa...

 

In The Shadows - Anthony Greninger 

 

             I znowu słyszę pociąg. Dobrze go słyszeć, wiesz? To było tak dawno, kiedy leżąc w nocy słuchałem, jak jadą wagony tnąc ciemność. Lubię ten dźwięk, bo paradoksalnie otula mnie swoim stukotem. Nie ma w tym pokoju już łóżka, na którym leżałem – starej kanapy z czarnymi przeszyciami, które tworzyły kratę. Lubiłem jej kolor, wiesz? Czerwony, pomarańczowy i żółty. Jakiś wyrób PRL, ale doskonale się na niej spało. Czytało, słuchało muzyki w nocy. Marzyło o życiu, które otwierało się dopiero wpuszczając pierwsze promienie słoneczne. Tu oglądałem zachody słońca i myślałem o tym, że kiedyś tak będę stał z kimś, kto będzie chciał stać obok i trzymać mnie za rękę. Głupie marzenia, prawda? Ale po to one chyba są, by wzbudzić w nas pragnienie i chęć działania. Albo przynajmniej uśmiech. Dużo wtedy marzyłem, bo przecież początki właśnie takie powinny być. A teraz boję się marzyć, bo wiem, że życie jest przewrotne i jeśli odważniej pomyślę o czymś, to nie tylko się nie spełni, ale zmieni swój znak. Jak w matematyce – zawsze na przeciwny. Zwłaszcza w takie dni, jak dziś. Zwłaszcza w takie noce, które nie przypominają tamtych – rozmarzonych, kiedy leżałem w pokoju pachnącym nocą i olejkiem do kominka, który kupiłem za pierwsze zarobione pieniądze (nazywał się Blue Mountain i mam jeszcze buteleczkę) i liczyłem od niechcenia sęki w skośnym suficie dachu. Albo wymyślałem historie. I wtedy przejeżdżał pociąg. Daleko, daleko, a jego stukot niósł się przez noc i chciało mi się żyć. Zasypiałem wtedy. A rano budziłem się z garściami pełnymi snów. Dobrych snów. A dziś budziłem się z przerażającą regularnością. Otwierałem oczy i strzepywałem z poduszki i kołdry resztki koszmarów. Spotkań niechcianych, rozmów niedokończonych, tematów, które były oskarżeniami. Raz za razem, raz za razem i osiadało to we mnie zamiast ulecieć w niebieski i potem szary świt. Został tylko ból głowy i niejasne pragnienie, by wszystkich posłać do diabła, co w końcu zrobiłem. Siebie tez posłałem do diabła. I nie pomógł nawet deszcz o blachę dachu, który zawsze z uśmiechem witałem. Nie pomogła muzyka i czytanie książki, na którą miałem ochotę. Nawet herbata z laską cynamonu i kilkoma goździkami. Stała długo i czekała, aż naburmuszony wypiję ją zimną. Może po to, by się ukarać? Albo w zemście na samym sobie za taki właśnie dzień? Nie wiem. Wiem, ze przeraża mnie jutro, kiedy będę musiał stanąć naprzeciw ludziom i coś do nich mówić. O coś pytać. Uśmiechać się, być życzliwym i pomocnym. Wyrozumiałym. Obracać problemy w żart, wynajdywać nowe metafory i tłumaczyć trudniejsze słowa. A ja z ledwością się ogoliłem uważając to za zbytek łaski dla samego siebie, że popatrzę sobie w oczy w lustrze. A potem je spuszczę wierny Herbertowi i jego „Przesłaniu”. Dlatego wziąłem się za przeglądanie zdjęć, by na chwilę znów stać pod błękitnym i żółtym parasolem klonów. To było tydzień temu, kiedy poszedłem starymi ścieżkami w miejsce, które ktoś nazwał parkiem. To ledwie ścieżynka, która biegnie przez aleję klonów. Stoją ławki. A potem poszedłem do drugiego parku, by przypomnieć sobie dobre chwile. I znów była ławka i były kolorowe liście i był zawrót głowy od kolorów i uśmiech, w którym czaiła się tajemnica. Dobra tajemnica. Moja. Przytulałem ją od chwili, kiedy otworzyłem oczy i wędrowałem z nią starymi ścieżkami, bo tak trzeba. A dzisiaj nawet zapaliłem świeczkę, by wygnać wszystkie złe duchy. Nawet sprawdziłem wszystkie aukcje starych zegarów i lamp. Nie pomogło. Nic nie pomaga, kiedy sen nie chce opuścić oczu, a słowa wypowiedziane w nim drążą boleśnie i jednoznacznie. Znów zadaję sobie pytania, które kiedyś zadawałem. Kim jestem, do czego dążę, co osiągnąłem? Nikim, do niczego, nic. Tak bywa, wiesz? Tak bywa…

 































Komentarze

Popularne posty